Wojenna maszyna USA, US NAVY, znalazła się w nieoczekiwanej sytuacji. W marcu 2026 roku, w trakcie rutynowego przeglądu floty, odkryto problem, który wielu umykał. Nie chodziło o zniszczenia bojowe czy awarie reaktorów, lecz o proste... cyfry. Okazało się, że coś drastycznie zmniejsza arsenał rakietowy, a stawka jest wysoka – podtrzymanie zdolności bojowej kluczowych klas okrętów podwodnych U.S. Navy, w tym tych z rodziny "Ohio".
Przez lata te potężne łodzie sunęły bezszelestnie po Pacyfiku i Oceanie Indyjskim. Ich patrole nie przyciągały uwagi mediów, a misje rzadko wychodziły na jaw. Jednak analizy strategów floty ujawniły alarmujący ubytek w istniejących wyrzutniach rakietowych. Przyczyna? Nie wróg, lecz harmonogramy wycofywania ze służby. To, co początkowo wydawało się tylko rutynowym planowaniem dezaktywacji jednostek, okazało się zapowiedzią utraty ponad 2000 potężnych wyrzutni pocisków manewrujących.
Cichy ubytek uzbrojenia
Klucz do problemu tkwi w czterech okrętach podwodnych klasy "Ohio", które zostały przebudowane ze starszych jednostek balistycznych. Każdy z nich zyskał 154 wyrzutnie pocisków Tomahawk, co dało łącznie 616 takich stanowisk. Przez blisko dwie dekady stanowiły one filar zdolności uderzeniowych na długim dystansie w wielu rejonach świata.
Jednak problem wykracza poza same okręty. Weterani wśród okrętów nawodnych, wyposażeni w pionowe systemy startowe, również zaczęły trafiać na złomowisko. Kiedy liczby zaczęto sumować, wyłoniła się przerażająca liczba: 2080 wyrzutni, których po prostu zabraknie w aktywnej służbie. Głównym "sprawcą" tego spadku okazują się właśnie transformowane "Ohio".
Dlaczego nowe jednostki nie wystarczą?
Marynarka od lat planuje zastępstwo dla obecnej floty. Okręty podwodne klasy "Columbia", mające służyć jako nowa platforma odstraszania nuklearnego, są w budowie zgodnie z planem. Problem w tym, że te jednostki skupiają się na strategicznych misjach i nie przenoszą pocisków Tomahawk – ich pierwszeństwo mają rakiety balistyczne z głowicami nuklearnymi.
Atakowe okręty podwodne również zyskują na nowoczesności. Nowsze jednostki klasy "Virginia", wyposażone w moduły Payload Module, mogą przenosić więcej Tomahawków. Ale nawet z tym ulepszeniem pojedynczy "Virginia" ustępuje w pojemności uzbrojenia "Ohio". Dodatkowe 28 wyrzutni to wciąż kropla w morzu potrzeb w porównaniu do 154 na jednym "Ohio".
Okręty nawodne posiadają zaawansowane systemy obronne, ale ich rola polega głównie na ochronie własnej grupy, a nie na głębokim uderzeniu precyzyjnym. W miarę jak modernizacja floty skupia się na obronie warstwowej, zdolność do dalekosiężnych uderzeń pozostaje skoncentrowana na mniejszej liczbie platform.
Okręty w środku burzy
Cztery okręty "Ohio" (USS Ohio, USS Michigan, USS Florida i USS Georgia) nigdy nie miały służyć wiecznie. Ich reaktory zbliżają się do kresu bezpiecznej eksploatacji, a wiek każdej z jednostek przekracza 30 lat. Ich konwersja na platformy z pociskami manewrującymi była pomostem między rolą z czasów Zimnej Wojny a nowymi strategiami uderzeniowymi.

Nierzadko jednak analizy floty pokazują, że te "staruszki" wciąż dysponują nieporównywalną siłą ognia. Poziome systemy startowe pozwalają na prowadzenie skutecznych misji uderzeniowych na ogromnych obszarach, bez potrzeby ochrony ze strony innych jednostek. Operują poza zasięgiem radarów, nie potrzebują wsparcia w zakresie tankowania paliwa w powietrzu i potrafią pozostać zanurzone przez wiele dni. To właśnie dzięki tym czynnikom jeden okręt podwodny może wystrzelić potężną salwę Tomahawków z pozycji, do których większość okrętów czy samolotów nie ma dostępu.
Dowództwo Sił Podwodnych Floty Pacyfiku podkreśla ich rozszerzone role. Poza uderzeniami dalekiego zasięgu, okręty wspierają siły operacji specjalnych, przeprowadzają desanty bezzałogowych systemów i zbierają dane wywiadowcze. Dodatkowe komory i moduły misyjne przekształciły te jednostki w platformy wielozadaniowe, idealne do działań w złożonych środowiskach.
Liczba, która napędza debatę
Wewnętrzne oceny wskazują, że wycofanie tych okrętów zgodnie z harmonogramem oznacza natychmiastową utratę 616 dedykowanych wyrzutni Tomahawków. W połączeniu z redukcjami na okrętach nawodnych, Marynarka Wojenna USA będzie operować z 2080 mniejszą liczbą wyrzutni niż zakładano na początku lat 30. XXI wieku. Ten ubytek wpływa na modele planowania wojennego, harmonogramy rozmieszczenia i "głębokość magazynów" amunicji w całej flocie.
Analitycy obronni zwracają uwagę, że taka głębia magazynowa decyduje o tym, jak długo okręty mogą pozostawać na swojej stacji bez konieczności uzupełniania zapasów. Jeden okręt klasy "Ohio" może przechylić szalę siły ognia w całym teatrze działań. Jego brak wymagałby kilku okrętów nawodnych lub atakowych okrętów podwodnych, aby wypełnić podobną rolę, a stocznie już teraz borykają się z opóźnieniami w budowie i konserwacji.
Droga naprzód
Marynarka nie ustaje w wysiłkach na rzecz zwiększenia produkcji "Virginii" z modułami Payload, jednak tempo budowy wciąż pozostaje poniżej oczekiwań. Partnerzy przemysłowi pracują nad zwiększeniem liczby personelu, poprawą łańcuchów dostaw komponentów i skróceniem czasu konserwacji. Każde takie usprawnienie zmniejsza lukę, ale żadne nie jest w stanie zrekompensować natychmiastowego niedoboru wynikającego z utraty "Ohio SSGN".
Oficjalnie nie ogłoszono zmian w harmonogramie wycofywania okrętów. Planerzy floty już teraz uwzględniają redukcję o 2080 wyrzutni w modelach operacyjnych. Ta liczba kształtuje wyniki gier wojennych, harmonogramy gotowości i długoterminowe strategie przetargowe, pokazując, jak jeden segment floty może wpłynąć na ogólną pozycję rakietową Marynarki Wojennej.
Cztery okręty podwodne klasy "Ohio" nadal służą, przenosząc te same 154 pociski Tomahawk, które definiują ich rolę od momentu konwersji. Ale czy to wystarczy?